Najlepsza książka na epidemię. Czyli jak przeczytałam o eleganckim klaustrofobicznym świecie, a chwilę później sama się w nim znalazłam

najlepsza książka na epidemię

Pod koniec zeszłego roku powiedziałam przyjaciółce, że 2020 będzie „moim rokiem relaksu i odpoczynku”, a później dodałam, że zamierzam go zacząć od przeczytania książki o tym tytule. „Czytałam ją, Aga, i mam nadzieję, że NIE TAKI relaks zamierzasz sobie zafundować” – odpowiedziała. Rzeczywiście, moje założenia dotyczyły raczej przyjęcia otwartej postawy wyjętej jakby żywcem z dziwacznej komedii „Jestem na tak”. Zamierzałam rzucić się w wir teatralnych premier i festiwali kulturalnych. Spontanicznych wypadów za miasto i pikników na plaży popakowanych w kosze z wikliny (takie, co to kuszą widokiem wystającej ze środka butelki lemoniady i słoiczka dżemu z truskawek). Późnych kawiarnianych śniadań złożonych z gofrów z bekonem polanych syropem klonowym. Targów serowarów, lig piwowarów, grupowych obserwacji nocnego nieba i wszelkich ekscentrycznych aktywności, o których istnieniu jeszcze nawet nie miałam pojęcia.

W skrócie: odpowiadać „tak” na wszystkie inspirujące propozycje od znajomych oraz podszepty własnej fantazji. Tak po prostu – bez ciągłego spinania się i zastanawiania, czy przypadkiem nie marnotrawię czasu. Powtarzałam sobie, że w końcu ten czas to znacząca część mojego życia. I to ta część, którą zapamiętam, w przeciwieństwie do pustych godzin wypełnionych stukotem klawiatury laptopa.

 

Najlepsza książka na epidemię

najlepsza książka na epidemię

W trakcie lektury książki Otessy Moshfegh przekonałam się, że plan jej bohaterki był właściwie odwrotny. Zakładał urwanie się na jednoosobowy narkotykowy gap year i pogrążenie we śnie w zaciszu własnego mieszkania. A dokładniej picie taniej kawy i oglądanie na video filmów z przebrzmiałymi gwiazdami. Albo jedzenie herbatników w kształcie zwierząt zamiast obiadu i wsłuchiwanie się w kojący dźwięk folii z ubraniami z pralni, poruszanych przez wiatr. I co najdziwniejsze ta wizja też okazała się… kusząca!

Tylko pomyślcie! Czy nie byłoby miło zrzucić na chwilę z ramion cały ten bagaż utkany z motywacyjnych poradników o multitaskingu i kibicowskich okrzyków rodziców? Tę torbę pełną przeciwzmarszczkowych kremów, książek kucharskich z fit przepisami, butów do biegania, rakiet do squasha i mat do jogi. Z manekinowatymi zdjęciami do CV, checklistami, bullet jurnalami i modnymi plannerami, które wypada zapełnić po brzegi wartościowymi działaniami, bo inaczej przegra się w Instagrama, w bocznych kieszeniach? Z dnia na dzień przestać się martwić albo przynajmniej pielęgnować (i karmić syropem glukozowo-fruktozowym) ukrytą gdzieś z tyłu głowy myśl, że ostatecznie i tak rozczarujemy siebie i tych, którzy dobrze nam życzyli?

A bohaterka „Mojego roku relaksu i odpoczynku” właśnie to robi. Choć jest jedną z dziewczyn rasy „kaukozackiej”, które zawsze wyglądają tak, jakby rankiem powitały je ciepłe promienie słońca, skowronki przyniosły im w dziobkach bluzkę, a one same właśnie skończyły pić sok multiwitamina, robiąc jednocześnie makijaż paletką NARS i pędzelkiem w kształcie ogona syreny. Chociaż sama przedstawia się jako „ta szykowna suka”, która ignoruje nas, gdy wchodzimy do modnej galerii. Choć ma pełne konto, prestiżową pracę, szafę z ciuchami od projektantów w rozmiarze XXS i nieruchomości… postanawia zrobić sobie przerwę od życia.

Któż z nas choć raz nie marzył o tym w chwili wielkiego zmęczenia? Kto nie miał ochoty wyłączyć telefonu i leżeć na kanapie z wiaderkiem lodów albo nachosów z sosem serowym. W spokoju oddawać się bezrefleksyjnemu oglądaniu seriali-grzechów i niekończących się hollywoodzkich serii, w stylu „Harry’ego Pottera” czy „Władcy Pierścieni”? To prawie tak, jak rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady. Albo nawet dalej – na Alaskę, w nieskończone dzikie przestrzenie, których nikt ani nic nie jest w stanie poddać kontroli.

 

Paradoksalna istota

I choć sama mam już za sobą etap marzeń o niekończącej się domowej emeryturze, urzekła mnie ta opowieść. Świadectwo niemożliwej do pokonania samotności. Obrazy pozorów ogniskujących się w oczach wszystkich tych, którzy obserwują nas z boku jak widzowie na teatralnych krzesłach. Była kojąca i fascynująca. Do momentu aż sama nie stałam się tą – jak to sobie wyobrażałam – współczesną Sylvią Plath albo Anne Sexton. Zamkniętą we własnym domu, bo świat zewnętrzny stał się niebezpiecznym, dzikim miejscem. I tak grzeję się w cieple świec i odurzająco pięknych zapachów z lampy Asleigh&Burwood, opycham tiramisu, oglądając słoneczne kadry z lepszych dni gdzieś na hiszpańskiej wyspie i nadrabiam zaległe lektury. Ale jedyne czego naprawdę chcę, to żeby wszystko wróciło do normy. Wstawanie o szóstej rano i zakupy w piekarni, gdzie nieodmiennie wciskają mi stare bułki nagle wydają się wspaniałą perspektywą. Człowiek to paradoksalna istota!

Niemniej książka „Mój rok relaksu i odpoczynku” z tego powodu stała się dla mnie pozycją idealną na trwającą epidemię i jako taką gorąco Wam ją polecam. Czytając ją właśnie teraz, w pewnym stopniu utożsamicie się z bohaterką. Jej najdalsze spacery wiodą bowiem do gabinetu lekarki. Nie licząc zakupów w pobliskim sklepie z produktami, które przez lata zalegały w zamrażarkach i na półkach, a teraz stały się łakomym kąskiem… Bo są.

 

Znalezione, z trudem nieukradzione

Czyli co w powieści Otessy Moshfegh urzekło mnie tak bardzo, że chętnie widziałabym to we własnej książce? Absolutnie nie do pobicia są snute przez bohaterkę, oniryczne wspomnienia z dzieciństwa. To jak jej matka mawiała, że w miasteczku nikt nie ma pojęcia o kulturze wysokiej. A przecież i tak nie wybrałaby się na żadne kulturalne wydarzenie! Jak do każdej sytuacji urabiała powiedzonko z „szatanem” w roli głównej („To bluzka w sam raz dla dziwki szatana”). Ale najbardziej to, jak egzystowała na pograniczu jawy, snu i kolejnej butelki chardonnaya. Zostawiam Was z jednym z takich cytatów. Trzymajcie się dzielnie w tych ponurych dniach!

najlepsza książka na epidemię

 

3 Comments

  1. Karolina Zakrzewska

    Ciekawy wpis, a jeszcze nie miałam okazji czytać „Mojego roku relaksu i odpoczynku”. Kiedy myślę o epidemii w literaturze w pierwszej kolejności na myśl przychodzi mi „Śmierć w Wenecji” Manna.
    Pozdrawiam!

  2. Marek

    Dawno nie przeczytałem żadnej książki. Obok mojej kanapy, na której „wyleżywuję” godziny tylko „Księga tęsknoty” Leonarda Cohena. Zaglądam do niej od czasu do czasu. Przeczytam kilka stron. I zawsze tak jest, że trafiam na teksty aktualizujące to, co się we mnie i obok dzieje. Zdaje się, ze tak też jest z ewangeliami – czytasz jakiś fragment i on dotyczy właśnie ciebie, własnie tej sytuacji, w której jesteś.
    Sam nic nie piszę od ponad dwóch lat. Pewnie się wypisałem. Albo moje „JA” doszło do wniosku, że nie warto i że nie ma dla kogo. Nikt, luib prawie nikt nie czyta poezji. Moja „Pani Od Polskiego” podsyła mi wiersze Ryszarda Krynickiego i swoje ich recenzjie – rewelacja, jak potrafi i sformułować swoje myśli i jak dociekiliwe są. Owszem, ja czytając WIEM to samo ale wyartykułować swoim myśli nie potrafię. Spytam Panią Weronikę czy pozwoli mi TUTAJ zamieścić o ile Agnieszka pozwoli.
    Aha! Dlaczego nie czytam! Nie mogę się skupić dłużej, jak kilka minut – to wynik działania krętków boreliozy. Cholerstwo!
    Ale tę książkę, o której wyżej może dałbym radę. Bo bliskie mi takie stany – od negacji po działanie, rzucanie się w wir Niestet, teraz w czas epidemii wszystko „siadło” – góruje stres, niepokój, niepewność.
    Siadam do pinina i wyżalam się plumkając smętne , własne, melodie. Wysyłam je przez WhatsApp znajmomym – „a może zagrałbyś coś wesołego” – nooo, nie potrafię.
    I to tyle co mi przyszło do głowy.
    A stronka przepiękna! Pozdrawiam Autorkę Z. Marek P.

    1. Agnieszka

      Marku! Dziękuję za napisanie! „Księgi tęsknoty” jeszcze nie czytałam, ale już czuję, że też bym się w niej odnalazła. I chyba też jest to dobra książka na epidemię, gdy ciężko nam budować nową rzeczywistość i chętniej wracamy do wspomnień czy oddajemy się dawnym tęsknotom. Bardzo cenię sobie natomiast Twoje teksty i liczę, że jednak wrócisz do pisania poezji – myślę, że zawsze warto. Choćby dlatego, że zostaje ślad. Ale było i wiele osób, które lubiły je czytać i utożsamiały się z Twoimi odczuciami. W Twoim głosie słyszały także swój, ubrany w lepsze, liryczne barwy. Życzę Ci zdrowia i spokoju ducha! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *